30 sierpnia - wspomnienie bł. kard. Alfreda Ildefonsa Schustera OSB

Każdego roku, 30 sierpnia, Instytut Świecki Chrystusa Króla wspomina w liturgii godzin bł. kardynała Alfreda Ildefonsa Schustera OSB, współzałożyciela Instytutu.

Oto co napisał Giuseppe Lazzati o bł. Alfredzie Ildefonsie Schusterze do członków Instytutu:
„Ojciec Instytutu”
Wrzesień 1954
Najmilsi,

Dopiero co wróciłem ze spotkania z ojcem Terraneo, który był 25 lat sekretarzem Jego Eminencji Kardynała I. Schustera, i w budynku kurii biskupiej prawie fizycznie odczułem jego brak. Wszyscy czujemy pustkę, jak wtedy, gdy w rodzinie zabraknie ojca. I sądzę, że o zmarłym naszym Arcybiskupie można powiedzieć, iż był „ojcem Instytutu”.

W odległym 1938 roku, niektórzy z nas, zdezorientowani co do losów swego powołania, gdyż właśnie na naszych oczach rozpadła się pierwsza jego forma, zwróciliśmy się, nie bez obaw, do Arcybiskupa, aby usłyszeć jego opinię. Od razu zrozumiałem, że całe zajście uważnie śledził, bardziej niż by się tego można było spodziewać. Znalazłem żywe, ojcowskie zrozumienie i w miejsce obaw pojawiło się poczucie bezpieczeństwa, oto ojciec wziął nas za rękę i będzie nas prowadził.

„Trzeba coś zrobić – powiedział do mnie – wybierz formę, po czym przyjdź i zreferuj mi stan rzeczy”. Zachował się nie jak ojciec, który narzuca swój gotowy plan, ale jak ojciec, który chce, by dzieci były samodzielne. On tylko służy mądrą i doświadczoną radą i czuwa, aby nie popełniły błędów, przynajmniej wielkich.

Nie umiem znaleźć właściwego słowa, które określiłoby, typowo benedyktyńskie, poczucie wolności duchowej i szacunek dla niej, co czyniło zeń prawdziwego arystokratę ducha.

W sprawach ducha nie znosił narzucania form, a kiedy miał podejrzenie, że coś takiego ma miejsce, przykazywał, aby nie zapominać, iż jednym mistrzem uprawnionym do doprowadzenia rzeczy do końca jest Duch Święty: Ubi Spiritus, ibi libertas! Jego zrozumieniu i ojcowskiej miłości, tak podobnej do tej Bożej, Instytut zawdzięcza swoje powstanie, rozwój i stopniowe poszukiwanie swojej drogi, aż do aktu z 1 maja 1942 r., którym przypieczętował swoją życzliwość dla nas, erygując w formie kanonicznej, mocą swego urzędu, nasz Instytut.

Najlepiej zachowamy pamięć naszego czcigodnego ojca pielęgnując w sercu jego nauki, udzielane nam przez te lata, tak poprzez swój urząd biskupi, jak i w bezpośrednich kontaktach z Instytutem. A okażemy się jego nieodrodnymi dziećmi, jeśli choć trochę będziemy umieli naśladować przykład, jaki dawał swoim życiem.

Życie jego było nieustannym poszukiwaniem Boga. Któregoś dnia, rozmawiając o powołaniu, powiedział mi, co św. Benedykt uważał za oznakę powołania: Si revera quaerit Deum, czyli „jeśli naprawdę szukasz Boga”! Czy to w zakonie, czy dźwigając ciężar odpowiedzialności za największą diecezję we Włoszech (często mi mówił: „Jestem jak tragarz”) nie robił nic innego, jak tylko szukał Boga.

Utrzymywał, że nie jest to łatwe, ale właśnie dlatego coraz większe czynił wysiłki, modlił się intensywnie, w modlitwie widząc najlepszy trening zaprawiający w szukaniu Boga. Jego życie było nieustanną modlitwą na przemian indywidualną i liturgiczną, w której wyraźnie było widać (czym podbił serca wszystkich) jego więź z Bogiem, z której czerpał siłę i pokój.
Kiedy prosiło się go, by zrezygnował z niedzielnej mszy biskupiej, miał zawsze gotową odpowiedź: „Nie mogę, gdyż tak odpoczywam”. I rzeczywiście był to odnawiający siły odpoczynek – pozostawanie w łączności ze źródłem wszelkiego życia! Gdybyśmy tylko umieli go naśladować!

I w końcu, jego życie było ciągłą ofiarą. Jej ciężar umiał nieść z taką pogodą ducha, że umiejętnie skrywała jej cierpki smak. I dał tego najwyższy dowód spalając swe życie w ofierze, aż do ostatka swych sił.

Zapewne i on miałby ochotę wyrwać się na trochę z tego zabójczego rytmu, ale nie to, na co miała ochotę, lecz to, co musiał zrobić było normą jego życia. I jeśli ten zabójczy rytm był nieodłącznie związany z obowiązkiem ciągłej obecności między swymi dziećmi, zaakceptował go jako rytm swego życia.

Wszystkim rozdamy zdjęcia – pamiątkę, które uchwyciło go w momencie dawania nam swych cennych nauk w kaplicy willi św. Benedykta, podczas święta Chrystusa Króla w 1951 r. Jako cenną pamiątkę zachowamy czapkę kardynalską, którą podarował nam ojciec Terraneo. Przedmioty te mają pobudzać nas do tego, co najistotniejsze: do przekształcenia pamięci o nim w naśladowanie jego cnót, ażeby na obliczach jego synów można było rozpoznać rysy ojca.

Giuseppe Lazzati

30 sierpnia - wspomnienie liturgiczne bł. kard. Alfreda Ildefonsa Schustera, ojca i współzałożyciela Instytutu Świeckiego Chrystusa Króla

Modlitwa: Daj nam, Ojcze, abyśmy w każdej chwili byli posłuszni Twemu głosowi, naśladując bł. Alfreda Ildefonsa Schustera, który we wszystkim, jako mnich i biskup, samotnie szukał Cię z wierną wytrwałością. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Syna Twego, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego Bóg po wszystkie wieki wieków. Amen.


Modlitwa ze wspomnienia bł. Alfreda Ildefonsa Schustera

Boże, Ty włączyłeś do grona świętych pasterzy błogosławionego Alfreda Ildefonsa, odznaczającego się wiarą, która zwycięża świat i gorącą miłością ku Tobie, spraw za jego wstawiennictwem, abyśmy trwając w wierze i miłości, zasłużyli na udział w jego chwale. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen

Błogosławiony Ildefons Alfred Schuster (1880- 1954)

Urodził się 18 stycznia 1880 roku . Był synem krawca z Bawarii w Niemczech. Mając 18 lat wstąpił w Rzymie do benedyktynów u św. Pawła za Murami. Profesję złożył w listopadzie 1900 roku. Od 1918 roku był tam opatem. W 1903 roku uzyskał doktorat z filozofii, a następnie doktorat z teologii. Prowadził badania w wielu dziedzinach (archeologia, historia sztuki, dzieje monastycyzmu). Święcenia kapłańskie otrzymał 19 marca 1904 roku w bazylice laterańskiej. W 1929 roku został mianowany biskupem Mediolanu i kardynałem. Sakry biskupiej udzielił mu papież Pius XI  w Kaplicy Sykstyńskiej. Nominację kardynalską otrzymał z tytułem prezbitera Santi Silvestro e Martinoai Monti. Był także przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch  w latach 1952-1953. Brał udział w konklawe w 1939 roku. Popierał inwazję Włoch na Etiopię, gdyż sądził, że pomoże to nawrócić ten kraj na wiarę katolicką i pomóc w zaprowadzeniu tam cywilizacji europejskiej. Zasłynął jako niezłomny krytyk faszyzmu, co we Włoszech pod rządami Mussoliniego, a zwłaszcza podczas wojny, wymagało wielkiej odwagi. Zapisał się w pamięci  jako dobry pasterz, ojciec ubogich, pamiętający, że także jako biskup jest nadal benedyktynem. 

Zmarł 30 sierpnia 1954 roku w Venegono Inferiore k. Mediolanu; został pochowany w mediolańskiej katedrze. Uroczystościom pogrzebowym przewodził patriarcha Wenecji Angelo Giuseppe Roncalli (przyszły papież Jan XXIII). Beatyfikowany został przez Jana Pawła II 12 maja 1996 roku.

Zechciejcie zapamiętać jedną moją radę: nie dam wam bowiem innej, jak tylko zachętę do świętości. Ludzie bowiem staną się lepsi nie dzięki waszym kazaniom, ale dzięki waszej świętości, albowiem jedynie w obliczu prawdziwej świętości człowiek klęka i się modli. Ludzie żyją dziś nieświadomi spraw nadprzyrodzonych, nieświadomi walki, jaka toczy się o ich zbawienie. Ale prawdziwy święty, żywy i umarły, dociera do wszystkich. Nie zapominajcie, że diabeł nie boi się naszych boisk sportowych i salek katechetycznych, diabeł boi się naszej świętości. (kard. Ildefons Schuster)

źródło: https://4lomza.pl/index.php?wiad=49841

Modlitwa o kanonizację bł. kard. Alfreda Ildefonsa Schustera


Ojcze, źródło wszelkiego dobra,
wychwalamy Cię i dziękujemy Tobie,
za to, że w osobie błogosławionego kardynała Alfreda Ildefonsa Schustera
dałeś nam łagodnego i niestrudzonego pasterza,
człowieka modlitwy,
świadka pokoju, jakiego tylko Ty możesz dać.

Panie Jezu, Synu Boży,
byłeś dla kardynała Schustera wzorem życia:
dla Twej miłości był on oddanym sługą wszystkich,
przeżywającym swój dzień tak,
aby każdy człowiek mógł odnaleźć Ciebie,
Panie życia, pokoju i radości.

Jego przykład nas ożywia,
a jego modlitwa towarzyszy nam,
abyśmy oddawali swoje życie
w służbie każdej istoty ludzkiej.

Duchu miłości, który nas uświęcasz,
uzdolnij nas do odpowiedzi na jego
nieustanne zaproszenie do świętości.

Uczyń nas zdolnymi, takimi jak on był,
do kochania biednych, zapomnianych i prześladowanych;
daj nam siłę do dialogu ze wszystkimi
oraz do odkrywania z ufnością ziarna człowieczeństwa
w każdym sercu ludzkim. Amen.


Bł. kard. Schuster: Liturgia a pobożność prywatna (cz. 3)

Poniżej zamieszczamy trzeci fragment dziewięciotomowego dzieła pt. Liber sacramentorum. Note storiche liturgiche sul messale romano. (Pierwsza i druga część ukazała się wcześniej). Jego autorem jest bł. kard. Alfred Ildefons Schuster OSB (1880–1954), opat benedyktynów przy bazylice św. Pawła za murami w Rzymie, a od 1929 r. arcybiskup Mediolanu, beatyfikowany 12 maja 1996 r. przez Jana Pawła II.
Tekst w tłumaczeniu ks. Jana Korzonkiewicza ukazał się w 1931 r. w piśmie Mysterium Christi.

Dotąd mówiliśmy o zwartej jednolitości liturgii i o wspaniałym cyklu chrystologicznym w roku kościelnym, w którym streszcza się cała nasza kultura chrześcijańska. Ale obok wielkiego cyklu rocznego o 52 tygodniach, tego żywego wykładu katechizmu, jest jeszcze drugi, krótszy cykl, czyli: tydzień. Jest to sześciodniowy obchód mistrzowskiego dzieła Boga-Stworzyciela, które to dzieło liturgia w ciągu tygodnia wiąże z odkupieniem świata przez krew Baranka. Św. Ambroży wiedzę swoją teologiczną oddał na usługi hymnodii chrześcijańskiej i w hymnach nieszpornych opiewał poszczególne dni stworzenia. Pieśni te są tak piękne, że takiemu św. Augustynowi w pierwszych dniach nawrócenia wyciskały łzy z oczu, gdy słyszał lud, śpiewający je w Mediolanie.

Cały rok kościelny tworzy zwarty mocno cykl, w którym przed oczyma naszymi przesuwa się boskie dzieło odkupienia w pełni czasu. Każdy tydzień w tym cyklu poświęcony jest rozpamiętywaniu stworzenia świata. Jest jednak jeszcze jeden ściślejszy cykl, czyli cykl dzienny, w którym siedem razy, czyli w siedmiu horach, to jest godzinach kanonicznych obchodzimy i przypominamy sobie tajemnicę męki i śmierci Chrystusowej. Ten ostatni cykl, będący podstawą tamtych dwóch, stanowi znowu ramy dla Ofiary eucharystycznej, którą ludzkość odkupiona składa codziennie Trójcy Przenajświętszej, jako akt doskonałego uwielbienia i chwały w duchu i prawdzie.

Taki jest w krótkich słowach główny zarys starej modlitwy Kościoła. Dzięki temu, że pojedyncze jej części są ze sobą ściśle powiązane, modlitwa ta stanowi jednolitą całość, a celem jej było wychowywanie prawdziwych chrześcijan, a nie tylko głoszenia w jakiejkolwiek formie chwały Bożej, jak to się dzieje często w czasach dzisiejszych. To gruntowne wykształcenie religijne leżało w zamiarach świętych Ojców Kościoła, i temu wykształceniu służyły też obrzędy liturgiczne. Ozdoba świątyni wewnątrz i zewnątrz miała ten sam cel przed oczyma, i dlatego dawniej sztuka, wymowa, obrzędy, modlitwy i sakramenty tworzyły nie tylko poszczególne części kultu, lecz służyły także do nauczania ludu chrześcijańskiego.

Dzisiaj gdy czytamy w brewiarzu homilie świętych Ojców Kościoła, którzy je wygłaszali do wiernych w kościele, ogarnia nas zdumienie nad wysokim poziomem religijnego wykształcenia tego ludu, który potrafił słuchać takich kazań; dzisiaj są one dość trudne do zrozumienia nawet dla niejednego księdza To obniżenie się poziomu oświaty religijne, nie sięga jednak tak daleko wstecz, jakby niejeden gotów myśleć! Jeszcze bowiem w w. XV i XVI cechy artystów i rękodzielników w Toskanii i Umbrii w swoich statutach, w ozdobach swoich oratoriów, chorągwi i. t. d. wykazują taką znajomość katechizmu i Pisma św., że nas, ludzi XX wieku, aż podziw bierze. Dzisiaj niejeden uważa się za Bóg wie jak dobrego katolika, dlatego, że czytuje „14 niedziel” albo „Iskry eucharystyczne”, a przy tym wszystkim nie umie on nawet wzbudzić aktu żalu. Nasi przodkowie czerpali pobożność z liturgii, którą krzewiły i uprawiały wielkie zakony żebracze, dla których znowu liturgiczna modlitwa chórowa była podporą życia duchownego. Przodkowie nasi rozkoszowali się małym officjum do Matki Boskiej, wigiliami za zmarłych, psalmami pokutnymi i t. d., szli za modlitwą Kościoła i dlatego utrzymywali ścisły kontakt z duchem Kościoła. Dzisiaj niestety duch ten zanika — z pewnością nie z winy Kościoła — tak, że mogło się utworzyć mniemanie, jakoby istniała podwójna pobożność, jedna liturgiczna, dla księży, którzy odprawiają Mszy św., a druga prywatna dla wiernych, którzy modlą się po cichu dla siebie. Skutkiem tego, praktycznie przestała istnieć cudowna jedność między wiarą a modlitwą, katechizmem a sztuką chrześcijańską, wiarą a życiem społecznym. Wielu chrześcijan odprawia tylko mnóstwo aktów religijnych, którym jednak brakuje pełnego siły i mocy związku z resztą wiary i życia. Z pożałowania godnej nieznajomości nauki chrześcijańskiej powstają potem kompromisy i sprzeczności także w życiu tych, którzy się mają za dobrych katolików, w rzeczywistości są jednak pietystami.

Przyczyna zanikania zmysłu dla spraw boskich według mojego zdania leży u wielu w sposobie nauczania religii. Dzisiaj nauka religii jest przedmiotem, jednym z pośród wielu innych, i nie wiele ma do czynienia z sztuką religijną i z liturgią. Przodkowie nasi natomiast wzrastali razem z liturgią; swego katechizmu uczyli się oni od dziecka z ust matki Kościoła, tak, jak się człowiek uczy mowy ojczystej, całkiem bez nauczyciela, bo się po prostu w domu nie słyszy nic innego Jeżeli zaś człowiek — jak św. Augustyn — musi się uczyć greki lub innego języka z książek, to sprawa idzie o wiele trudniej, i nigdy się takiego języka nie opanuje zupełnie, bo to jednak nie jest język ojczysty.

Dlatego też duszpasterze, przede wszystkim Papieże, za dni naszych wyrazili życzenie, żeby wierni znowu zwrócili się do dawnej tradycji, i znowu trzymali się więcej pobożności kościelnej, zwłaszcza przez żywe uczestniczenie w służbie Bożej i w modlitwach Kościoła. Skoro zaś miarodajna władza raz wypowiedziała się, to żadnemu synowi Kościoła nie wolno się wahać i wątpić, czy ma spełniać to życzenie Kościoła, a już zgoła nie wolno mu tego życzenia krytykować. Ruch liturgiczny, który dzisiaj za błogosławieństwem Papieży i biskupów kwitnie w wielu diecezjach Italii i zagranicą, nie chce wcale jednego rodzaju pobożności wygrywać przeciwko drugiemu, albo zgoła ganić naszej pobożności ludowej. Chce on tylko pogłębić istniejącą pobożność i uzgodnić ją z pobożnością Kościoła, to jest z liturgią Kościoła-matki.

Karol Wielki, gdy zauważył, że śpiew kościelny w państwie Franków wszedł na osobliwe tory, tak się miał odezwać do mistrzów swej kapeli pałacowej: „Wróćcie do św. Grzegorza"! Podobnie możemy i my także mówić dzisiaj: Słuchajmy znowu świętych Ojców Kościoła i wiary naszej, i wróćmy znowu do onego sposobu nauczania i wychowania religijnego, dzięki któremu w przeciągu trzech wieków świat pogański przemienił się na chrześcijański, a na ruinach cywilizacji grecko-rzymskiej powstała wspaniała kultura katolicka. Nie rozdrabniajmy życia religijnego — które powinno być jednolite, święte i katolickie — na mnóstwo nabożeństw, lecz ujmijmy je w jeden zwarty system, z którego bije światło doskonałej jedności, wzniosłej świętości i katolickiej miłości.

W pracy nad wychowaniem do pobożności nie przywiązujmy zbyt wiele wagi do niepewnego serca ludzkiego Uczucie jest ślepe i zmienne; więc nie ufajmy mu zanadto. Taką przestrogę dają nam liczne przejawy pobożności ludu, szczególnie w niektórych okolicach Italii. Z powodu niedostatecznej nauki religii odnosi się tam niejednokrotnie wrażenie, jakoby tam już niewiele pozostało z chrześcijaństwa, prócz niektórych form zewnętrznych: procesji i religijnych okrzyków radości. Chciałoby się nawet wierzyć, że miejsce żywej prawdy Ewangelii zajęły tam niektóre obrzędy.

Podnośmy całego człowieka do Boga: zmysły, serce, wyobraźnię i rozum. Przede wszystkim jednak wychowujmy kapitana okrętu, to jest rozum. Władze duszy ludzkiej mają różne cele: przedmiotem zmysłów jest piękno, przedmiotem serca dobro, a celem rozumu jest poznanie prawdy. Każda z tych władz ma właściwy sobie cel, a jednak wszystkie one jednoczą się w jednym człowieku. Jeden Bóg, jeden Kościół, jedna pobożność katolicka, jedna całość z różnymi połączeniami, na kształt skomplikowanego, ale jednolitego organizmu, albo na kształt harmonii, która się składa z mnóstwa dźwięków. Jedna tylko pobożność mieści to wszystko w sobie i jednoczy harmonijnie teologię ze sztuką, architekturą i muzyką, tylko jedna pobożność zamyka w sobie wszystko, co jest rzeczywiście dobre, piękne i prawdziwe, a tą pobożnością tu na ziemi jest liturgia katolicka w najszerszym tego słowa znaczeniu.

Bł. kard. Schuster: Liturgia a pobożność prywatna (cz. 2)

Poniżej zamieszczamy drugi fragment dziewięciotomowego dzieła pt. Liber sacramentorum. Note storiche liturgiche sul messale romano. (Pierwsza część ukazała się kilka dni temu). Jego autorem jest bł. kard. Alfred Ildefons Schuster OSB (1880–1954), opat benedyktynów przy bazylice św. Pawła za murami w Rzymie, a od 1929 r. arcybiskup Mediolanu, beatyfikowany 12 maja 1996 r. przez Jana Pawła II. Tekst w tłumaczeniu ks. Jana Korzonkiewicza ukazał się w 1931 r. w piśmie Mysterium Christi.


Po otwarciu trumny kard. Schustera w 1984 r. okazało się, że jego ciało zachowało się w doskonałym stanie.

Mimo, iż począwszy od późnego średniowiecza we Mszale i w Brewiarzu odróżnia się dwie części, czyli: Proprium de Tempore i Proprium Sanctorum, to podział ten nie powinien jednak rozrywać cudownej jedności w roku kościelnym; w istocie swej jest i pozostaje on chrystocentrycznym: „Koniec Zakonu jest Chrystus” (Filip. 2, 5). Jak w dawnych bazylikach wyobrażenia dziejów ewangelicznych na ścianach bocznych wiodły nam duszę ku triumfującemu Chrystusowi Królowi na złocistym tronie w środku apsydy, tak też i Proprium de Tempore, począwszy od Adwentu i Bożego Narodzenia, przez Epifanię, czas postu i pasji, następnie pięćdziesięciodniowy obchód zmartwychwstania Pańskiego aż do Wniebowstąpienia Pańskiego i Zielone Święta, prowadzi nas przez tajemnice Chrystusowe. Nauczanie to jest gruntowne i naprawdę pedagogiczne, bo nie tylko przybliża nas do Chrystusa, lecz w długich ćwiczeniach duchownych czyni nas podobnymi jemu: „To samo winniście mieć usposobienie, co Chrystus Jezus”.

Rozważanie życia Jezusowego wypełnia cały rok kościelny. Wierni mają nie tylko pobieżne rzucić spojrzenie na tajemnice Boże, lecz winni je brać w siebie przez ustawiczne akty i ćwiczenia pobożności, przekształcić je w sobie i tak żyć życiem Chrystusa.

Żeby zaś liturgia osiągnęła swój wzniosły cel, ma ona według życzenia Kościoła być poniekąd przeszkoleniem całego człowieka, a nie tylko modlitwą. Musi ona człowieka wyuczyć i wychować; dlatego ma swoje przepisy i ćwiczenia jak każda inna szkoła.

Kiedy Pius X na nowo porządkował kalendarz całego Kościoła i przy tym zniósł cały szereg uroczystości ku czci Świętych, to przyświecał mu przy tym ten cel, żeby staremu Proprium de Tempore przywrócić dawne należne mu znaczenie i jedność od Adwentu aż do ostatniej niedzieli po Świątkach. Piękność roku kościelnego leży w nienaruszonej całości i ciągłości jego Proprium de Tempore, to jest w jego poszczególnych okresach świątecznych, których nie powinno się zanadto często przerywać albo zgoła zaduszać przez Proprium Sanctorum, bo ono nie posiada żadnej ciągłości, lecz każde święto jest dla siebie samego i nie pozostaje w żadnym związku z innymi świętami. W ostatnich stuleciach Proprium Sanctorum opanowało rok kościelny, a jego niezliczone święta zamazały klasyczne linie tamtej części, czyli Proprium de Tempore, tego wspaniałego utworu ducha Ojców.

Uroczystości ku czci Świętych istniały od najdawniejszych czasów, ale ponieważ między nimi nie zachodził żaden wewnętrzny związek, przeto Kościół w złotym wieku liturgii używał ich jedynie po to, żeby niemi na kształt klejnotów ozdobić swoje Proprium de Tempore, czynił to jednak dyskretnie i ze smakiem, podobnie jak artyści w starochrześcijańskich bazylikach; dla podkreślenia obrazu Chrystusa w apsydzie lubili oni umieszczać u jego stóp męczenników, którzy Panu Jezusowi podawali swoje palmy i wieńce. Tak się też ma mieć sprawa Proprium Sanctorum w brewiarzu i w mszale. Nie powinno ono ani niweczyć ani osłabiać wrażenia i działania Proprium de Tempore, lecz powinno być jego ozdobą, dodawać mu piękności i urozmaicenia. Od czasu do czasu powinno ono przerywać monotonię i na dobrze wybranych przykładach z życia Świętych wykazywać, jak misterium Chrystusa powinno być przeżywane przez wiernych i urzeczywistniane.

Dni poświęconych Świętym nie powinno być za wiele, a w każdym razie należy je dobrze rozmieścić, żeby Proprium de Tempore pozostało wedle możności nienaruszone i zachowało swoją pierwotną piękność. Przystajmyż i my także na wzniosłą myśl Kościoła, wyrażoną w ostatniej reformie brewiarza. Stolica święta, w myśl zasad Piusa V i Benedykta XIV, z cudownym taktem przystąpiła do tego, żeby rokowi kościelnemu przywrócić znowu piękną pierwotną linię, i tu i ówdzie odrzuciła późniejsze do niej dodatki. Było to dzieło trudne, bo chodziło o świętą budowlę, do której każda epoka dorzuciła to i owo podług własnego gustu. A jednak Pius X przeprowadził tę reformę, według stałych zasad, ale też i z wielką dyskrecją. Dzieło to jeszcze nie jest ukończone, bo to nie łatwa rzecz, usunąć przy starej budowli dobudówki, zasłaniające pierwotne linie. Reforma należy wyłącznie do Kościoła, ale i my możemy się przyczynić do lepszego jej zrozumienia, szerząc wiadomości o zamiarach naczelnej władzy kościelnej. Nie potrzebujemy wcale raczyć wiernych wysokimi naukami o starożytności chrześcijańskiej, ale prowadźmy ich do źródeł pobożności katolickiej, odciągajmy ich od nabożeństw subiektywnych i wychowujmy do wspólnej służby Bożej, do chwalenia Pana Boga razem z całym Kościołem.

Jak mamy być na Mszy św. i przyjmować Komunię św., żeby wynieść jak najwięcej pożytku dla dusz naszych? Nie wiem, czy można na to pytanie dać odpowiedź lepszą nad tę: Idźmy za rokiem kościelnym; on nas prowadzi do Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie, bo Pan Jezus w Ofierze ołtarza i krzyża jest spełnieniem naszej wiary, nadziei naszej i naszej miłości.

Ofiara i Komunia w każdym okresie roku kościelnego przybiera swoisty charakter. Dzięki temu wnoszą one do pobożności ludu wielkie urozmaicenie i podsycają wciąż na nowo również i pobożność prywatną. I tak w Adwencie dzięki obietnicom, danym od Boga pierwszym rodzicom, Abrahamowi i Dawidowi, ludzkość czuje się pewną Chrystusa. „Ten był potomkiem Abrahama..., Abraham pochodzi od Adama” (Łuk 3, 38). Radość z obietnicy przyszłego Odkupiciela jeszcze jest przytłumiona przez nawoływanie św. Jana do pokuty, który chce Panu przygotować drogę przez nawrócenie serc. Ale te wydarzenia nie powinny być li tylko wspomnieniami historycznymi. Nie! Przeciwnie: Ten, który przyszedł na ten świat, kiedy Quirinus przeprowadzał spis ludności, musi się na nowo zrodzić w sercach ludu wiernego przez łaskę; musi się jeszcze zjawić przed wielu narodami, które podobnie jak Izrael oczekują jego przyjścia, ale podobnie jak Izrael mają oczy obciążone jeszcze sennością.

Serce chrześcijanina nie powinno być grobem Chrystusowym, w którymby Pan Jezus miał leżeć bez życia i zesztywniały. Jezus chce „przez wiarę mieszkać w sercach naszych” (Ef. 3, 17). Chce on rosnąć, żyć i sprawować „tajemnicę” odkupienia ludzkiego, której szczyt jest na Krzyżu.

Trucizna grzechu w raju pozostawiła w duszy zarzewie grzesznej pożądliwości. Odkupienie rodzaju ludzkiego zaczyna się tedy postem czterdziestodniowym, w którym nieuporządkowane namiętności mają być ujarzmione, a duch przygotowany na słowo żywota wiecznego. Niegdyś słowo to niewiernych synów Abrahama napełniło bojaźnią, tak, że odezwali się do Mojżesza: „Ty mów do nas, a będziemy słuchać, Pan zaś niechaj nie mówi do nas, abyśmy nie poumierali” (Ex. 20, 19).

Czas wielkopostny jest niejako szkołą rekrutów — obraz ten pochodzi z Pisma św. — są to wielkie rekolekcje całego Kościoła, jest to czas drogi oczyszczenia. Post i umartwienie mają nas oczyścić i gwoździami pokuty cielesnej przybić do krzyża Chrystusowego. Nauki, których nam Kościół w poście udziela więcej aniżeli kiedy indziej, mają duszę oswoić z prawdami wiecznymi, i umocnić na nowo ducha, osłabionego przez grzech pierworodny.

Czas wielkiego postu prowadzi nas na Kalwarię. Aby dostąpić zasług odkupienia, musimy się złączyć z Ukrzyżowanym, musimy przeżyć na sobie jego mękę — Kościół śpiewa: fac, ut portem Christi mortem (Sekwencja w święta Siedmiu Boleści Matki Bożej.) — i przez osobiste współdziałanie, jak mówi św. Paweł, dopełnić tego, czego jeszcze nie dostaje męce Chrystusowej (Kol. 1, 24.).

Po poście przychodzi Wielkanoc. Jeżeli umarliśmy grzechowi i uczynkom szatana, wówczas z Chrystusem powstajemy na nowo, do nowego życia, całkowicie boskiego. „Żyjąc, żyje Bogu” (Rzym. 6, 10.). Wielkanoc w życiu chrześcijan już nie ma charakteru wyrzeczenia i pokuty, lecz zawiera pozytywizm bogactwa. „Jeżeliście zmartwychwstali z Chrystusem, tego co wzwyż jest szukajcie, gdzie Chrystus siedzi po prawicy Bożej. Co w górze jest, miłujcie, nie co na ziemi” (Kol. 3, 3). Zrobiliśmy zaiste korzystną zamianę. Dziczek został odcięty od szczepu, co rósł na twardej skale, i wszczepiony do wiecznie zieleniejącego drzewa umierającego Chrystusa, aby „żył jego życiodajną śmiercią”.

Ofiara wielkanocna czyni zadość za przestępstwa ludzi i sprowadza na nowo ich pojednanie z Bogiem. Bóg dla Chrystusa przyjmuje nas znowu za syny i dopuszcza nas do poznawania swoich tajemnic i do dziedzictwa swych skarbów łaski.

Kiedyśmy w czasie wielkanocnym kroczyli przez via illuminativa, to czas Zielonych Świąt podobny jest do via unitiva. „A że jesteśmy synami, posłał Bóg od siebie Ducha Syna swego w serca nasze, który woła: Abba Ojcze”! Ten Duch Pocieszyciel i rzecznik naszej sprawy przed Panem jest owym Duchem, którego nam dał Ojciec jako rękojmię naszego synostwa Bożego i naszego dziedzictwa w niebie. Ponieważ duch ludzki zdoła wniknąć tylko do tajemnic serca ludzkiego, przeto Bóg dał nam jako swoim synom własnego Ducha, aby on nas wprowadził w całą prawdę.

W Zielone Święta dzieło odkupienia rodzaju ludzkiego stanęło u szczytu. Jezus z Duchem Świętym zamieszkał w sercu duszy miłującej Boga, więc też ona teraz zdolna jest chwalić Trójcę Przenajświętszą w duchu i prawdzie tak, jak sobie tego życzy Bóg Ojciec. Takie jest znaczenie uroczystości Trójcy świętej, która zamyka oktawę Zielonych Świąt, a rozpoczyna szereg niedziel po Zielonych Świętach. Jest to szereg długi, wypełniający blisko połowę roku kościelnego, i wyobraża dzieje Kościoła poprzez wieki. Dzieje te wzięły początek w pierwszy dzień Zielonych Świąt we Wieczerniku, a koniec ich będzie wtedy, gdy na końcu świata zjawi się Chrystus po raz drugi. Ten jest powód, dla którego Kościół czyta Ewangelię o końcu świata w pierwsze niedzielę Adwentu i w ostatnią niedzielę po Świątkach.

Budowa tych niedziel po Zielonych Świętych nie jest całkiem jednolita; są one żywym odzwierciedleniem Kościoła. Podobnie jak Kościół ustawicznie jest zwalczany od swoich wrogów, a jednak zawsze jest zwycięski, także liturgia niedziel poświątecznych błaga o ochronę przed wrogami Kościoła, a zarazem nuci pieśń zwycięstwa. Dostosowując się do słabości dzieci Ewinych, liturgia daje wyraz swemu bólowi z powodu grzechów dzieci i córek Kościoła, a równocześnie głosi całemu światu niepokalaną świętość Kościoła, której nie zdoła zaćmić żadna złość ludzka. W sposób iście przepiękny w liturgii, zwłaszcza w liturgii tych niedziel poświątecznych, przejawia się jedność, świętość, katolickość i apostolskość Kościoła. Słuchamy tutaj nauki książąt Kościoła, Piotra i Pawła, że gmach naszej wiary spoczywa na fundamencie proroków o apostołów. Tutaj też doznajemy pouczenia o jedności katolickiej, hierarchii, o obowiązkach, które mają wierni względem istniejących władz, o życiu społecznym wiernych w rodzime i społeczeństwie; tutaj dowiadujemy się o prześladowaniu Kościoła przez Nerona, o klęsce głodu w Palestynie i o składkach, zbieranych wśród Greków na rzecz głodnych braci w Palestynie. Dzieje pierwszych 20 lat tego, złotego okresu Kościoła zawierają obraz życia rodziny Chrystusowej, takiego, jakiem ono powinno było być w przyszłych wiekach.

Bł. kard. Schuster: Liturgia a pobożność prywatna (cz. 1)

Poniżej zamieszczamy fragment dziewięciotomowego dzieła pt. Liber sacramentorum. Note storiche liturgiche sul messale romano. Jego autorem jest bł. kard. Alfred Ildefons Schuster OSB (1880–1954), opat benedyktynów przy bazylice św. Pawła za murami w Rzymie, a od 1929 r. arcybiskup Mediolanu, beatyfikowany 12 maja 1996 r. przez Jana Pawła II.
Tekst w tłumaczeniu ks. Jana Korzonkiewicza ukazał się w 1931 r. w piśmie Mysterium Christi.

Liturgię bierzemy tu w jej znaczeniu najdalszym i rozumiemy przez nią nie tylko ofiarę, obrzędy i modlitwy, lecz także jej wpływ na twórczość artystyczną malarzy, rzeźbiarzy i budowniczych, żeby przez ducha i modlitwę powstała świątynia katolicka. Krótko mówiąc, przez liturgię rozumiemy całą działalność duszy ludzkiej, skierowaną ku dobru najwyższemu i nieskończonemu, czyli doskonałą cześć Boga w duchu i prawdzie, którą Jezus Chrystus oddaje Ojcu na wieki w Kościele.

Liturgia jest przecudną grą, która zostawia w cieniu największe dzieła wszystkich narodów cywilizowanych; jest to gra, na którą złożyły się największe umysły ludzkości; w grze tej wyraża się nie tyle duch ludzki, co ów Duch Boży, który ożywia i podtrzymuje całą cudowną budowę mistycznego ciała Chrystusowego, czyli Kościoła.

Liturgia, to nie tylko spoglądanie i wznoszenie się chrześcijanina ku Bogu; liturgia także zawiera w sobie i udziela nam boskiego słowa Trójcy Przenajświętszej; liturgia, to nie tylko modlitwa, która wzrusza Serce Boże — wszechmoc na klęczkach — lecz wywiera ona również przepotężny wpływ na duszę ludzką, która z natury jest chrześcijańską, i wychowuje wielką masę ludu. Dlatego to od dawien dawna liturgia jest także prawidłem, regułą wiary: Legem credendi lex statuat supplicandix (św. Celestyn I, list 21. rozdz. 11).

Liturgia nie jest ani nauczaniem ani rozmyślaniem o prawdach oderwanych i metafizycznych, których znaczenia i tak większa część słuchaczów nie rozumie, i nie wie, co się kryje za „zasłoną tajemniczych formułek”. Liturgia , jako prawdziwa tuba Pana Boga, chce być na wskroś popularną; bierze ona człowieka takim, jakim on jest, jako twór złożony z ciała i z duszy, który swoje pojęcia urabia z tego, co podpada pod jego zmysły. Liturgia bierze w swoje władanie serce i zmysły, aby przez nie tym pewniej dotrzeć do ducha; liturgia pokazuje wyobraźni dzieła sztuki malarskiej, rzeźbiarskiej, budowniczej, muzyki, poezji i literatury, i wprzęga je w służbę wiary, tak, że wyobraźnia pośredniczy w sprawie udzielania człowiekowi tego, co mu Bóg ma powiedzieć.

W niniejszej rozprawie zastanowimy się nad liturgią głównie jako środkiem wychowawczym. Posiada ona bowiem głęboko sięgające znaczenie dla religijnego wykształcenia wiernych, jeżeli ją rodzina katolicka należycie pojmie i będzie się do niej odnosić w sposób uduchowiony, jak to bywało za dawnych czasów.

Każde porównanie jest wprawdzie niedoskonałe, ale czasem porównania narzucają się same. Otóż jesteśmy zaskoczeni i zdziwieni faktem, że obecnie mimo tych najrozmaitszych wysiłków, urządzeń, organizacji, obchodów jubileuszowych, zjazdów, konferencji i t. p. znajomość Boga u chrześcijan tylko nieznaczne czyni postępy, a nawet w społeczeństwie dzisiejszym cofa się coraz bardziej. Nawet ci ludzie, którzy się nazywają katolikami i chcą nimi być naprawdę, stosunkowo niewiele posiadają znajomości katolicyzmu. A choć wielu jeszcze umie wzbudzić akty wiary, nadziei i miłości, to Ewangelia już dawno nie jest normą ich życia, choć może ich nazwiska figurują na liście członków nie wiedzieć ilu stowarzyszeń katolickich.

Mała znajomość Boga — prorok żaliłby się dzisiaj znowu: „Niemasz znajomości Boga w kraju” (Ozeasz 4, 1) — wyraża się także w nowej sztuce i w książkach do modlitwy, w słodkawej i ckliwej pobożności, która przenika eleganckie i wymuskane książeczki do modlitwy w stylu „Sera”, ze wszystkimi ich westchnieniami, domyślnikami, kropkami... i z całą sentymentalnością. Takie książki wiodą serce na fałszywe tory, a duchowi nie przynoszą prawdziwego światła. Szkody przez nie wyrządzonej prawie nigdy już nie można naprawić. Kiedy po krótkim okresie religijnego przejęcia bujna wyobraźnia młodości przemija razem z wiosną życia i zaczyna się walka o życie, wówczas młodzieniec i dziewczyna, którzy jeszcze wczoraj w pietyzmie nie szukali solidnego pokarmu dla duszy, lecz tylko uczuć i wzruszeń, uświadamiają sobie, że w duszach mają pustkę, zaczynają wątpić w religię, którą nigdy nie przejęli się całkowicie, i padają ofiarą niedowiarstwa.

Skąd to pochodzi? Z pewnością z fałszywego wychowania, które działało tylko na serce chrześcijanina, a nie osadziło skarbu prawd wiecznych na fundamencie ducha: tylko Chrystus jest światłością, prawdą i życiem. Często też chciałoby się wiernych pozyskać dla takiej czy innej praktyki pobożnej. Starzy Ojcowie znali tylko jedno nabożeństwo, wielkie jak Kościół i święte przez swoją własną świętość, które owe wszystkie małe formy pobożności naszych modlitewników ujmowało w wyższą jedność. Ta bowiem devotio, czyli całkowite i doskonałe oddanie się Bogu, stanowi życie katolickie, czerpane z najczystszego i najjaśniejszego źródła, to jest z sakramentów i z liturgii.

Protestantyzm popełnił najfatalniejszy jaki jeno mógł błąd, gdy religię — na zasadzie wolnego badania — zdał na jednostkę i nie chciał mieć rodziny religijnej, lecz tylko pojedynczych ludzi. Protestanci musieli tedy zaprzeczyć Kościołowi charakteru społeczności i rozerwali mistyczne ciało Chrystusowe na pojedyncze cząstki. W prostym przeciwieństwie do tego stanowiska, liturgia katolicka jest w swej istocie socjalną, podpada pod zmysły, i jest dramatyczną, i w tym tkwi tajemnica jej popularności. Kiedy biskup Fruktuozus wstępował na stos, aby na nim ponieść śmierć męczeńską, pewien chrześcijanin odezwał się do niego: „Módl się za mnie”; wówczas męczennik ten odrzekł: „Godzi się, abym się modlił za wszystek Kościół katolicki, rozprószony po całym świecie”.

Kościół — są słowa św. Ambrożego — jest najdoskonalszą formą społeczności. Jak został odkupiony i założony, jako całość, tak też wierzy on, spodziewa się i miłuje we wszystkich członkach swoich, walczy wspólnie, wspólnie znosi prześladowania, modli się wspólnie i wspólnie święci triumfy. Kościół żyje z Chrystusa, ale nie tylko z Chrystusa-głowy, oddzielonej od ciała mistycznego, lecz z Chrystusa-głowy złączonej z ciałem, którym jest Kościół (Kol. 1, 18 nn.).

Duszą, duchem, uderzeniem serca Kościoła, tej społeczności, obejmującej cały świat, jest liturgia, którą powyżej określiliśmy jako streszczenie i sumę katolickiego życia modlitwy. Gdy się modli Kościół, wówczas modli się Chrystus i Duch święty; modlitwa ta wywiera nieomylny skutek na Serce Pana Boga, a z drugiej strony stanowi ona normę życia wiernych. „Panie, naucz nas modlić się” — tak prosili Apostołowie pokornie Chrystusa Pana. „Tak winniście się modlić”, odpowiedział Chrystus i wprowadził potem Kościół w tajemnice tej modlitwy, która się nazywa „wszechmocą na klęczkach”. Kościół modlitwę uważał zawsze za świętą spuściznę familijną, którą hierarchia przekazuje z pokolenia na pokolenie.
Liturgia jest najpewniejszą ascezą, bo nie tylko oddaje piękne myśli jakiegoś tam pobożnego uczonego, lecz wychodzi z prawdy odwiecznej. Bóg sam przemawia do nas przez usta tych, których uczynił „filarem i utwierdzeniem prawdy” (1 Tym. 3, 15.4). Liturgia najlepiej odpowiada psyche człowieka, zwłaszcza zaś psyche ludu, który pod pewnym względem zawsze jest i będzie dzieckiem; nie jest ona tylko spekulacją rozumu, lecz posługuje się wszystkimi pomocniczymi środkami sztuki, muzyki, rzeźby i literatury, żeby ducha podnosić wzwyż; „świętej służbie” nadaje ona formę dramatyczną i dzięki temu wnika do duszy ludu.

Liturgia w końcu jest dla nas doskonałą szkołą wiary. Nie zatrzymuje się ona przy jakiejś pojedynczej tajemnicy wiary, jak to czynią nabożeństwa prywatne, lecz w ciągu jednego roku w podziwu godnym porządku przesuwa przed oczyma naszymi dogmaty naszego odkupienia. Liturgia, to naprawdę brewiarz, czyli skrót lub wyciąg z Pisma świętego, to popularny wykład objawienia Bożego i nauk zbawienia: legem credendi lex statuat supplicandi.

Ale święte misteria, które się w przeciągu jednego roku przesuwają przed nami, posiadają nie tylko wartość historyczną. Kościół ubiera je w szatę dramatyczną, która najlepiej odpowiada duszy ludu, i sprawia, że my te mister ja przeżywamy. Chrystus nie należy do przeszłości, „Jezus Chrystus jest ten-sam wczoraj i dzisiaj i na wieki” (Żyd 13, 8). Chrystus żyje ustawicznie w swoim Kościele. Wprawdzie raz tylko się urodził, raz tylko nauczał czasu swego bytowania ziemskiego, poniósł mękę i zmartwychwstał pod Tyberiuszem i Ponckim Piłatem. Ale duchowa zawartość tajemnic odkupienia pozostaje żywą, póki Kościół trwać będzie na świecie. W Kościele Chrystus rodzi się wciąż na nowo, naucza i odkupia, zbawia duszę ludzką, przyswajając jej owoce swego odkupienia.

17 marca - Tylko Jezus może nas nasycić

W odpowiedzi rzekł im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości. - Ewangelia wg św. Jana 6,26

Przeczytaj: Ewangelia wg św. Jana 6,22-52

 Wydaje się, że w Piśmie Świętym cuda są za każdym razem jak miecz obosieczny – niosą ze sobą podwójne przesłanie. Pierwsze jest proste i oczywiste: cud przynosi zaspokojenie aktualnej potrzeby w sposób odgrywający ważną rolę w Bożych zamiarach. Ale to nie tylko Boże działanie zaspokajające określoną potrzebę, to także przypowieść o duchowym znaczeniu. W taki właśnie model wpisywały się cuda dokonywane przez Jezusa.
 Weźmy na przykład cud nakarmienia pięciu tysięcy, który funkcjonuje na tych dwóch płaszczyznach. Tłum był głodny, a Chrystus spojrzał na zgromadzonych ze współczuciem, wiedząc, że niektórzy nie obejdą się bez jakiegoś posiłku. Byli tam z Jego powodu, a On czuł się odpowiedzialny za ich samopoczucie, więc ich nakarmił. Analizując tę historię, staje się jasne, że Jezus wykorzystał to cudowne wydarzenie jako punkt wyjścia do zaprezentowania sakramentu Wieczerzy Pańskiej. Nauczył słuchaczy czegoś o ich pragnieniach i głodzie, których nigdy nie mogłyby zaspokoić ziemskie dobra. Jeśli naprawdę szukali zaspokojenia i nasycenia, musieli uczestniczyć w tym, co symbolizowało Jego Ciało i Krew. Musieli mieć w sobie Jego życie, gdyż tylko On mógł nasycić ich dusze.
 Jezus może zaspokajać twoje fizyczne potrzeby, a jednocześnie możesz być całkowicie nieświadomy, że chce również zaspokoić dużo głębszą i bardziej palącą potrzebę twojego serca. On chce cię zaspokoić samym sobą. Nic innego nie wystarczy.

Życiorys

Alfred urodził się 18 stycznia 1880 r. w Rzymie, w rodzinie papieskiego krawca. Gdy miał 11 lat, zmarł mu ojciec. Dzięki temu, że był bardzo zdolny, pewien baron zapłacił za jego studia. Jego nauczycielem był między innymi bł. Placid Riccardi.

W wieku 18 lat Alfred wstąpił do benedyktynów, dwa lata później złożył profesję. W 1903 r. uzyskał doktorat z filozofii, a następnie także doktorat z teologii. 19 marca 1904 r. przyjął święcenia kapłańskie. Od razu dostał wiele zadań. Już jako 28-latek został mistrzem nowicjatu. W 1918 r. został opatem klasztoru przy bazylice św. Pawła za murami. Pomimo wielu zadań nie opuścił studiów. Szczególnie interesowała go liturgia, archeologia, muzyka święta i historia monastyczna. Został wizytatorem apostolskim wyższych seminariów.

26 czerwca 1929 r. został mianowany arcybiskupem Mediolanu. Sakry udzielił mu papież Pius XI w Kaplicy Sykstyńskiej. Parę dni wcześniej otrzymał nominację kardynalską. Był bardzo gorliwy jako pasterz. Odwiedzał parafie, zwołał wiele synodów diecezjalnych i dwa kongresy eucharystyczne. Bardzo dbał o liturgiczną stronę duszpasterstwa. W latach 1952-1953 był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch.

Wycieńczony, pod koniec życia dał się przekonać lekarzom, aby wypocząć. Wybrał w tym celu seminarium położone z dala od ludzi w Venegono (Varese, Włochy). Tam też umarł 30 sierpnia 1954 r. wśród seminarzystów, mówiąc im, że nie ma nic innego do ofiarowania, poza zaproszeniem do świętości. Został pochowany w katedrze mediolańskiej. Uroczystościom pogrzebowym przewodził patriarcha Wenecji, Angelo Giuseppe Roncalli (przyszły papież św. Jan XXIII). Ciało kardynała Schustera nie ulega rozkładowi.
Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II na placu św. Piotra w Rzymie w dniu 12 maja 1996 r.

za: brewiarz.pl